poniedziałek, 29 września 2008

Krótka recenzja z Pól Chwały 2008

Taaa…

I po Polach Chwały. Jak było? Całkiem dobrze, ale nie rewelacyjnie. Oczywiście to TYLKO i WYŁĄCZNIE moje zdanie, więc jeśli ktoś ma zamiar po przeczytaniu tekstu pisać jakieś komentarze, które mogą wzbudzić we mnie stan wzburzenia zwany zdenerwowaniem lub gorzej, niech po prostu zrezygnują z pisania czegokolwiek, a zamiast tego wstaną i uderzą głową o ścianę. Może
wyjdzie im to na dobre…

A więc do dzieła. Ja wraz z chłopakami z Oddziału 8 oraz jeszcze jednym kolegą Janem, wybraliśmy się do Niepołomic już w piątek i na miejscu byliśmy trochę po 21. samej drogi nie będę komentował, bo i nie ma czego (już chłopaki wiedzą dlaczego…). Na miejscu zastaliśmy pierwszych Graczy w planszówki z Raleenem na czele, oraz najważniejszą personę (wg mojego mniemania ma się rozumieć) w osobie Roberta, czyli głównego administratora i organizatora całego konwentu. Jak zwykle odwalił on kawał dobrej roboty i chwała mu za to. W sali z planszówkami siedziało kilka osób i już delektowało się swoim hobby, niestety poza Przemosem nie mam zielonego pojęcia któż to taki był więc nie będę rzucał na lewo i prawo nickami. Po przywitaniu z Robertem i Ryśkiem i obejrzeniu sali, w której mieliśmy kwaterować w tym roku, rozpakowaliśmy z chłopakami auto i zanieśliśmy rzeczy do sali. Po zostawieniu wszystkich klamotów, zapieczętowaliśmy salę i oddaliśmy ją pod nadzór Ryśka (chwała mu za to, że po dotarciu tam rano wszystko było tak jak zostawiliśmy :o) ). Po krótkiej rozmowie wraz z Robertem udaliśmy się do naszego domku, gdzie mieliśmy spędzić 2 noce. Właścicielka okazała się być bardzo towarzyską i miłą osobą i po opłaceniu noclegów rozpoczęliśmy odpoczynek. W tym miejscu należą się kolejne podziękowania Robertowi za zorganizowanie miejsca noclegowego. Lokum okazało się być całkiem znośne, mieliśmy nawet do dyspozycji TV, więc odpoczynek nie był nudny. W pokoju po uraczeniu się piwkiem udaliśmy się na zasłużony spoczynek.

W sobotę po pobudce i śniadaniu żwawo pomaszerowaliśmy do zamku, aby udekorować podarowane nam przez organizatorów miejsce. Ja z Jankiem zajęliśmy się urządzaniem stołu do gry, a Tomasz z Marcinem wypakowywali swój asortyment. Praca poszła szybko, tak więc po kilkunastu minutach wszystko było gotowe. Dodatkowo na wystawie leżały moje i Jana figurki, tak aby zwiedzający mogli obejrzeć produkty O8 na żywo. Po tym udałem się z aparatem na pierwszy obchód wszystkich sal, gdzie zrobiłem kilka fotek i przywitałem się z Przemosem. Po powrocie rozegraliśmy z Janem bitwę w autorskim systemie Tomka. Dwie niemieckie kompanie pancerne wraz z kompania piechoty na ciężarówkach miały przejechać stół zatrzymywane przez siły polskie. Rozgrywka zakończyła się przyznaniem zwycięstwa stronie niemieckiej, która praktycznie w trzech miejscach przełamała polską obronę i udało jej się uciec poza zasięg wrogiej broni. W międzyczasie do sali wchodzili pierwsi zwiedzający podpytując o grę oraz o figurki chłopaków z O8. Po zakończonej grze po raz kolejny udałem się z aparatem po salach, gdzie teraz już znaczna większość wystawiających była już rozpakowana i gdzie odbywały się pierwsze gry i pokazy. Podczas spaceru zrobiłem trochę zdjęć, porozmawiałem z ludźmi m.in. ze sklepu SFAN.pl, pooglądałem figury innych ludzi popodziwiałem makiety przygotowane do gry. Po powrocie troszkę się ponudziłem o czym później i po raz kolejny udałem się w obchód sal. Niestety w międzyczasie umknął mi pierwszy pokaz gry Flames of War organizowany przez SFAN w postaci bitwy pancernej, także musiałem zorganizować sobie czas w inny sposób jako, że pokaz walki o wzgórze Monte Cassino miał odbyć się później. Ponieważ trzy razy zmieniano godzinę owego pokazu, dałem sobie spokój z chęcią uczestniczenia w grze i suma summarum na samym pokazie byłem po jego rozpoczęciu w osobie biernego widza. Długo zresztą tam nie zagrzałem miejsca jako że i sam pokaz prowadzony był trochę niemrawo. Co prawda w pokazie uczestniczyli młodzi ludzie i zapewne zasady jak i przebieg gry prowadzony był mocno pod nich, i chwała ludziom z SFANA za to, że propagują hobby wargamingowe wśród młodych, to jednak mnie wydał się on nudny i zrezygnowałem z dalszego obserwowania. W tym miejscu dodać muszę również, że figurki które wykorzystywane były przy grze także nie zachwyciły mnie swoim wyglądem. Znaczna większość pomalowana była tylko częściowo, a niektóre wcale. Całość uratowała makieta wzgórza Monte Cassino wraz z ruinami klasztoru, ale było to ciut za mało jak dla mnie. Czemu figurki wyglądały tak, a nie inaczej? Nie wiem i nie będę wnikał bo to nie moja sprawa. Może ekipa SFANA nie miała czasu na dopracowanie szczegółów, kto wie.

Po kolejnym obejściu sal wszedłem chyba do największej z sal, gdzie stacjonował Wargamer wraz ze swoimi systemami. Jeśli się nie mylę Panowie, i Pani o ile dobrze pamiętam (niestety zdjęcia nie udało mi się zrobić o czym za chwilę), prezentowali jeśli mnie pamięć nie myli 5 systemów. Na pewno był Flames of War i Warhammer Ancients, na pewno był system marynistyczny (chyba General Quarters, ale pewności nie mam bo to nie moja dziedzina) i na pewno ktoś z Wargammera z koleżanką w roli głównej grał albo w Mein Panzera, albo Blitzkrieg Commandera figurkami GHQ (co dokładnie nie wiem bo nie miałem okazji zapytać i zrobić fotek – shit…) i oczywiście na głównym planie Ogniem i Mieczem, że tak powiem flagowy system Panów z Wawy. O ile przy pierwszych czterech stołach frekwencja była średnia o tyle przy Ogniem i Mieczem było pełno osób tak grających jak i obserwujących. Po krótkiej rozmowie i zapoznaniu się z Sosną udałem się na żer skonsumować obiad (ogromny ciut przypieczony schabowy :D ). Co prawda na zamku serwowano posiłek, ale niestety dowiedziałem się o tym fakcie nieco za późno, tak więc skorzystałem z oferty pobliskiej restauracji. Po obiedzie posiedzieliśmy z chłopakami w naszej sali gdzie odwiedzających było coraz więcej. Przyznam się, że goście z ciekawością patrzyli na figurki O8 w postaci surowej i pomalowanej i podziwiali ich kunszt. Tomasz z Marcinem co chwilę rozmawiali o swoich miniaturach ze zwiedzającymi. Dodać muszę, że przy zakupie niektórych figurek dodawana była książka kolegi Janka poświęcona armii saskiej, co również wzbudziło niemały zachwyt. Nie czytam lektury poświęconej tej tematyce, ale dowiedziałem się, że jednym z zainteresowanych książką Janka był p. Kisiel autor książek poświęconych podobnym tematom. Ogólnie inicjatywa Janka wzbudziła niemałe zainteresowanie i należą mu się szczere gratulacje za napisanie i wydanie książki. Wiem, że wkrótce ukaże się druga część, tak więc już dziś życzę wszystkiego najlepszego i jak największej sprzedaży. Po jakimś czasie znowu z aparatem w ręku udałem się w obchód sal. Tym razem jednak podczas fotografowania miniatur FoW Wargamera (o wiele ładniej pomalowanych od figur SFANA) zostałem namówiony przez Sosnę na grę testową prowadzoną przez miłego człowieka, który z tego co się zorientowałem nie był w żaden sposób spokrewniony z Wargamerem. Z tego samego też powodu, nie udało mi się zrobić zdjęcia koleżance grającej chyba w Mein Panzera, a nad czym ubolewam bo kobiety grające "małymi żołnierzykami" to naprawdę rzadkość :o). Dodam jednak, że udało mi się sfotografować inną koleżankę Graczkę, która rozgrywała walkę w jednej z piwnic w system zwany Face of War. Cóż to za system, nie mam zielonego pojęcia, ale gra szła żwawo i aż miło było się przyglądać :o). Wracając do gry FoW na którą zostałem namówiony, to grę zacząłem można powiedzieć w 1/3 jako, że przejąłem pałeczkę od kolejnego młodego Gracza, który musiał opuścić konwent. Gra toczyła się miło i dość szybko, z „instruktorem” znaleźliśmy wspólny język i szybko dogadywaliśmy się co do gry. do tej pory podchodziłem po części negatywnie do FoW’a, ale jak się okazuje nie taki wilk straszny jak go malują i stwierdzam, że system ma zalety. Niestety ma również i wady, ale to nie pora i miejsce na dyskusję o systemie. Ogólnie gra zakończyła się moim zwycięstwem. Ile w wygranej było mojego geniuszu strategicznego, a ile szczęścia, nie wiem ale z całą pewnością to drugie przeważyło… :o]
Po grze podszedłem do jedynego zagranicznego gościa imprezy Emila Horky’ego, który przyjechał ze Słowacji i prezentował malowanie figur. U Emila można zamówić malowanie figurek poprzez jego stronę internetową, co nie jest tanie, chociaż nie ma się co dziwić ponieważ jakość malowania jest niewyobrażalna. W taki sposób zleciał mniej więcej sobotni dzień. W międzyczasie odbywały się pokazy i parady jednak nie uczestniczyłem w ich obserwowaniu wobec czego nie będę wypowiadał się na ich temat. W końcu dotarliśmy do wieczora, kiedy to miał odbyć się grill. Po zapieczętowaniu sali udaliśmy się we czwórkę na poczęstunek. Stwierdzam, że w tym roku było znacznie lepiej. Kiełbasy było dla wszystkich (dla niektórych nawet dwa razy… :D), a sam grill zorganizowany był bez zastrzeżeń i obsłużenie głodnych szło sprawnie. Jedyny minus dla mnie to dosyć drogie piwo, które można było zakupić na miejscu, ale nie wnikam w to głębiej bo jego zakup nie był obowiązkowy. Po grillu wróciliśmy do domku, gdzie odwiedził nas znajomy, którego imienia niestety nie znam. Porozmawialiśmy sobie po czym poszliśmy spać.

W niedzielę po przybyciu na zamek Marcin z Tomaszem zorganizowali grę w Spearheada, drugowojenny system w skali dywizyjnej. Był to niejako test owej gry, ponieważ wcześniej nie graliśmy w drugowojenne zasady, a tylko we współczesne - Modern Spearhead, który to znacznie różni się od swojej poprzedniczki. Dodatkowo system miał być testowany na podstawkach, których używaliśmy do tej pory przy innych grach(2x2 cm). Po korekcie pola bitwy, narysowaniu map i rozrysowaniu rozkazów chłopaki rozpoczęli grę. Fakt faktem z początku z powodu ograniczenia zasięgów ze względu właśnie na małe rozmiary podstawek gra się dłuzyła, ale po niedługim czasie doszło do spotkania strony niemieckiej z radziecką i rozpoczęły się pierwsze batalie. Co prawda chłopaki gry nie skończyli z powodu ograniczenia w czasie, ale gra i rozmiar podstawek zdały egzamin. W między czasie jak Panowie prowadzili rozgrywkę ja robiłem ostatnie spacery bo salach i zdjęcia. Chciałem udać się na kolejny pokaz FoW organizowany przez SFANA, tym razem lądowanie w Normandii, ale po obejrzeniu makiety, na której pokaz miał się odbyć zrezygnowałem z tego pomysłu. Nie mówię, że była zła. Nie, po prostu nie nadawała się do takiego pokazu. Jestem wzrokowcem i gdybym miał oglądać grę odzwierciedlającą lądowanie na plaży Normandii, na makiecie która wyglądała jakby była przypieczona w piekarniku to chyba padłbym pod stół. Dlatego zrezygnowałem. W sali gdzie był Wargamer znajdował się jeszcze jeden wystawca, sklep modelarski Padrebooks, którego właściciel (tak przynajmniej mniemam), prezentował techniki malowania głównie aerografem. Pan świetnie opisywał jak malować i wykorzystywać owe urządzenie i opowiadał o swoim hobby, a na dodatek robił to w humorystyczny sposób. Świetny facet.

Niestety wszystko co dobre musi się skończyć i około godziny 14 zaczęliśmy się pakować, a po godzinie 15 wyruszyliśmy w drogę powrotną. Dodać muszę, że w niedzielę frekwencja odwiedzających była znacznie większa niż dzień wcześniej co widać na zdjęciach przeze mnie zrobionych.

Teraz trochę narzekania. Z czego nie jestem zbytnio zadowolony, a raczej z czego jestem zawiedziony to fakt, że część osób która zapowiadała się, że będzie nie była obecna. Zdenerwował mnie nieco fakt, że malowałem swoje modele samolotów specjalnie na Pola Chwały żeby zagrać w Scramble! i chociaż pomimo tego, że w jednej z piwnic był stół gdzie w ową grę grali, sam nie brałem udziału. Druga sprawa, która bardziej mnie rozśmieszyła to fakt nieobecności Graczy systemu Operation: World War 2. Na Forum Strategie czytałem ich zapowiedzi obecności i zapewnienia czego to oni nie mają przywieźć, a jak pokazał czas obecny był tylko Przemos, którego trochę mi żal. Co prawda znalazł sobie zajęcie, ale widać było, że nie był zadowolony z faktu braku obecności osób które tak żarliwie zapowiadały się, że przyjadą. Nie będę wskazywał palcem o kogo chodzi mi w powyższych przykładach, nie będę też wnikał w powody dlaczego nie przyjechali. Osoby te na pewno wiedzą o kogo chodzi. Jak zwykle znajdą się tłumaczenia, ale są one zupełnie niepotrzebne. To te osoby straciły zabawę i szansę spotkania osób z forum, a nie ja więc to ich sprawa. Dodam tylko, że osoby te straciły w moich skromnych oczach na swoim wizerunku. Tyle na ten temat. Innym ciekawym spostrzeżeniem było to, że gdy podczas któregoś z obchodów sal zdarzyło mi się przejść przez salę z planszówkami (z którą to salą sąsiadowała sala O8) zdałem sobie sprawę, że panował tam taki hałas i harmider, że gdyby pozamykać drzwi po chwili siedzącym wewnątrz rozerwało by głowy i wybiło okna w sali. Nie mówię, że to złe, ale Panowie… wypadałoby też zainteresować się innymi rzeczami, chociażby obejrzeć inne wystawy, a nie tylko planszówki i planszówki. Nie mówię, że to złe, ale… Nie samymi planszówkami człowiek żyje tym bardziej, że od planszówek do wargamingu jest tylko krok :o).

Kolejne Pola Chwały przeszły do historii, a wraz z nimi kolejne wspomnienia. Miejmy nadzieję, że na przyszłorocznym konwencie będzie jeszcze lepiej, jeszcze więcej wystawiających i zwiedzających, jeszcze więcej gości zza granicy i jeszcze więcej zabawy, czego i czytelnikom i sobie życzę.

To w sumie wszystko co miałem do napisania. Fotki postaram się wrzucić jak najszybciej, tylko muszę zorganizować jakiś online’owy album i poopisywać zdjęcia.

Pozdrawiam
Thomas

5 komentarzy:

xardas pisze...

Bardzo fajna recenzja konwentu ;) Osobiście nie mogłem być z powodu szkoły :( (Na jeden dzień nie opłacało się z Olsztyna jechać)

Mógł byś napisać co nieco o Faces of War - o ile się orientuje jest to uproszczona wersja O:WWII ??

Naprawdę zrobili pokaz FOW-a nie pomalowanymi figurkami ?? Ale właściwie się niedziwie - jak turnieje się gra niepomalowanymi , to czemu i nie pokazy?? (http://bitewniaki.polter.pl/Bitwa-o-Poznan-c18166). O takie coś za bardzo warhammerowe podejście :(

Pozdrawiam,
xardas

Michal pisze...

Fajna recenzja Thomasie!

Chciałbym tylko dorzucić słówko do komentarza o hałasie w sali "planszówkowej".
Całą wwinę moim zdaniem należy zwalić na grę "Here I Stand", która zaangażowała, jak widać bardzo emocjonalnie aż sześciu graczy. Gra była w obrotach praktycznie przez całe dwa dni konwentu (i część nocy).
Hałas był momentami tak okropny, że nie słyszałem co mówił do mnie kolega po drugiej stronie stołu...
A przykładem, że nie jest to normą przy grach planszowych niech będzie grupa grających w Great Battles of History (SPQR), któych było siedmiu (o ilę pamiętam) przy jednym stole a w ogóle nie było ich słychać - i to nie dla tego, że HIS-owscy ich zagłuszali
;)

Osobiście też uważam konwent za udany, choć niestety zawaliłem sprawę i nie wybrałem się na żadną, oprócz jedną, rekonstrukcję historyczną. :/

Itagaki

xardas pisze...

Żenada. Mi jak brakowało figurek czołgistów na pokaz O:WWII to siedziałem i malowałem do 3 w nocy w przeddzień imprezy.Potem się okazało ,że ich w ogóle nie wyciągnąłem z torby...

Na zdjęcia oczywiście czekam ;)

Pozdro,
X

Thomas pisze...

Niesty nie napisze nic o tym systemie bo nie mam o nim zielonego pojęcia. Widziałem tylko, że gra szła dosyć sprawnie i zakończyła się wygraniem potyczki przez koleżankę.

Co do figurek to tak, robili niepomalowanymi figurkami. Wrzucę fotki to będziesz mógł zobaczyć. Artyleria aliantów i niemców była niepomalowana, same figurki też wyglądały jakby były pomalowane tylko podstawowymi kolorami.

Co do planszówek,to przecież nie będę nikogo krytykował. Ot po prostu wydało mi się to dziwne, że w sali panuje taki hałas, i wydało mi się lekko dziwne podejście Panów od planszówek do tematu całego konwentu. Dosyć często chodziłem po salach i szczerze powiem, że BARDZO rzadko widziałem kogokolwiek z planszówkowców gdziekolwiek indziej niż w swojej sali. Ale jak powiedziałem, nie będę nikogo krytykował. Tak jak ja na wargaming, tak oni czekali cały rok na planszówki...

Pozdro
T

Michal pisze...

Wiem o czym piszesz Thomasie.
Muszę przyznać, że jako osoba grająca w planszówki i interesująca się wargamingiem figurowym (nie moge przebić się przez aspekt modelarski - nienawidzę malować :) ) czuję się w mniejszości.
Sam w tym roku planowałem mniej grać, nawet nie specjalnie się umawiałem na rozgrywki, a więcej chodzić i oglądać. O dziwo wyszło zupełnie na odwrót - przez te dwa i pół dnia raz przeszedłem przez sale i zdołałem obejrzeć jedną inscenizację...
Tak to wychodzi, gdy hobby za bardzo wciąga. Czasem może to prowadzić do zawężenia horyzontów.

pozdr.